wspomnienia

Julian Tuwim

„Pegaz Dęba”, O limerykach

 

Arcyspeca swego i zelanta ma u nas ten rodzaj wierszyków w osobie Janusza Minkiewicza, z którym ułożyliśmy kilka takich „rymelików”… Nasze obłąkane strofy powstawały w upalne lato 1936 r., gdyśmy razem spędzali wakacje. Upał był tak straszliwy, że… Słowem, oto one:

 

Pragnąc kurczęcia pewien burmistrz

Przepuścił do kucharki szturm i strz-

elił jej w brzuch. Ta

Odrzekła Kuchta:

„Gdy kurcząt chcesz, to się do kur mizdrz.”

 

Raz pewien młody ichtiozaur

Był na wyspie „Des Beaux Arts”

Gdy spojrzał na dzieła,

Ochota go wzięła,

By pożreć je wszystkie. I pożarł

 

Pewien w portowym barze mixer

Wymawiał stale zamiast „x”-„r”.

Gdy pewien lord- nabab

Uzyskać chciał rabat,

Rzekł: „Prir fir, Sir, zamiast „Prix fire, Sir”

 

Wielkim mistrzem Tajnej Loży Ekwiwoków jest Janusz Minkiewicz (onże Jan Uszminkiewicz), pisujący zabawne wierszyki o tym, że „kat ma katar z katarynką” i „bał się kot zakatarzony Katarzyny, kata żony” albo że „baca maca macę z tacy”. Figlarny Januszek kazał kiedyś dwóm Barbarom założyć bar pod nazwą „Rabarbar” i dzięki temu mamy w Polsce „Rabarbar, bar Barbar”, do którego, dodajemy – chętnie by chodził na baryłkę wina barbarzyńca Barbarossa z barskimi konfederatami…

 

 

 

Andrzej Łapicki

Kandelabr

 

 Poznałem Janusza chyba w marcu 1945 roku w Łodzi w słynnej kawiarni „Mokka”.

Z dymu papierosów, tłumu byle jak ubranych gości, spośród przaśnych mundurów tych, którzy przebyli szlak „Od Oki do Mokki”- wyłoniła się postać nieskazitelnie ubranego, przystojnego dżentelmena. Ciemny garnitur, biała koszula, przedwojenny krawat – ironiczno-sceptyczne spojrzenie,  bardzo poważne – i Kropka, z którą grałem w Teatrze Wojska Polskiego, poznała nas. Usłyszałem na wstępie jakąś złośliwość, której nie pamiętam i tak zaczęła się nasza długoletnia przyjaźń- za dużo, choć mieliśmy dla siebie wiele sympatii, znajomość- za mało, bo rozumieliśmy się za dobrze, współpraca- za rzadko, żeby ona nadawała ton naszym stosunkom.

Biesiadowaliśmy wielokrotnie, codziennie chyba- przede wszystkim w Łodzi, w „Klubie Pickwicka” i nie potrafię przytoczyć żadnego żartu, którego Janusz byłby autorem – bo też nie znosił opowiadania anegdot ani sypania kalamburami. Rzadko się uśmiechał, oglądał świat, ludzi i kwitował ten obraz precyzyjnie jadowitą uwagą. Lata całe spotykaliśmy się codziennie przeważnie w późnych godzinach wieczornych. Aż w końcu w tej nocnej porze zaczęliśmy pracować razem. Było to w 1954 roku na wiosnę w kabarecie „Stańczyk”.

 Niezwykły to był kabaret- od śmierci Stalina minął zaledwie rok, ludzie siedzieli w więzieniach, toczyły się procesy, a tu w kawiarni „MDM”- myśmy zaczęli 30 lat wcześniej „pierestrojkę”. Gdy przypominam sobie (z trudem) teksty, wydaje mi się, że i dziś mielibyśmy kłopoty z cenzurą. Kabaret był skromny i przez to szlachetny. Nic z popisu. Kilku świetnych autorów, spełniających rolę właściwie tła, usługową wobec tekstów.

I tam Janusz co wieczór czytał jeden ze swych najzabawniejszych utworów – „o babci klozetowej” i co wieczór podawał najświeższy komentarz satyryczny, co wieczór nowy i zmieniający się. Ze swą nieruchomą twarzą odczytywał swe teksty, nie wzruszony wobec huraganów śmiechu publiczności.

 Jakim cudem ten kabaret w ogóle istniał – do dziś nie rozumiem. Pamiętam tylko niezwykle wymyślne rymy Januszowych utworów. Bo też był mistrzem nieoczekiwanych rymów. Do dziś umiem z lat młodości na pamięć jego „Pewien Tatar miał karar…”, czy też niezrównane limeryki. I to w „Stańczyku” właśnie czasie podwieczorku, a może śniadanka, dobrze zasłużonego po występie – ktoś rzucił hasło konkursu na najtrudniejszy rym. Padło zamówienie: rym do k a n d e l a b r – i Janusz ze swą niewzruszenie smutną twarzą, jakby obarczały go wszystkie troski świata, natychmiast flegmatycznie wycedził:

 – Boję się gdy strzela – b r r!

Warszawa, 25 V 1988

Marek Hłasko

Fragment*

…Myślałem na przykład o tym, że zawsze chciałem poznać Janusza Minkiewicza, a kiedy wreszcie poznałem tego świetnego pisarza, nie wiem, dlaczego zrobił na mnie wrażenie najbardziej smutnego ze wszystkich ludzi; a kiedyś złożyło się tak, że piliśmy razem do rana. Janusz się nieco zalał i odwiozłem go do domu, co jak dotąd stanowi w moim życiu najpotężniejszy sukces pod każdym względem, gdyż Minkiewicz ma pojemność cysterny lotniczej i nikomu z Polaków nie udało się dotąd zobaczyć go w takim stanie, kiedy w mózgu śpiewa ptaszyna…

 

Stanisław Dygat

„Aspekt Minkiewicza”

„Pamiętam, w szkole, w pierwszej lub drugiej klasie bardzo wszyscy lubili pewien rodzaj

satyrycznej polemiki. Na tablicy rysowało się świnię albo osła i pisało się: Minkiewicz.

Minkiewicz przychodził, zmazywał swoje nazwisko i pisał: Dygat. To było bardzo wesołe i

wszyscy chłopcy bardzo się śmiali, ale już w trzeciej klasie świnia Minkiewicz zaczął pisywać

do Cyrulika Warszawskiego, chodził pod rękę z Tuwimem i nie podejmował więcej tego

rodzaju humoru na tablicy”

„Odrodzenie” 1945, nr 18

 

Życie ukazuje nam bardzo wiele dziwnych zjawisk, ale jednym z najdziwniejszych są koledzy szkolni. Nie myślę rozpatrywać zjawiska tego od strony satyrycznej. To zostało wyczerpane w sposób znakomity przez Słonimskiego, Tuwima i Minkiewicza oraz przez wielu innych, w sposób już znacznie mniej znakomity i raczej epigoński. Chodzi mi więc tylko o dziwność, a ponieważ dziwność jest to coś nieokreślonego, niewytłumaczalnego, nie usystematyzowanego, jest czymś chyba bez ładu i składu, takie same będą z konieczności i te moje refleksje. 

Właśnie à propos Minkiewicza. Dla ludzi postronnych Minkiewicz jest czterdziestokilkuletnim mężczyzną i na tyle prawdopodobnie w ich oczach wygląda. Co do mnie jego wygląd obecny nie różni się absolutnie niczym od wyglądu sprzed lat około trzydziestu, gdy ujrzałem go po raz pierwszy na szkolnym podwórku. Ubrany był w cajgowe pumpy, na nogach miał pantofle „pepegi” i mówił z oburzeniem, choć w sposób zewnętrznie opanowany: „Padliśmy ofiarą karygodnego niedbalstwa”. Tyczyło to Polskiego Związku Lekkoatletycznego, który coś tam nawalił, i ponieśliśmy klęskę w międzynarodowych zawodach. Dziś zmienił się PZLA i zasługuje na same pochwały, zmieniło się, trudno zaprzeczyć, to i owo, i tylko Minkiewicz jest absolutnie taki sam. Dla mnie, oczywiście. Ale czy, do licha, mało mam kłopotów, żeby się jeszcze martwić, jaki jest Minkiewicz dla obcych mi ludzi?

 To zagadnienie, które, gdybym pisał na temat kolegów szkolnych pracę naukową, nazwałbym „aspektem Minkiewicza” (aspectus Minkievitius), odnosi się do tych szkolnych kolegów, z którymi współżyje się względnie blisko od lat szkolnych po dziś dzień. Absolutnie niezmiennipozostali Kazio Rudzki i Kazio Kossobudzki, i Kazio Brandys, Staś Wohl i Staś Gajewski, i Staś Dygat, Andrzej Nowicki i Andrzej Szalawski, i Andrzej Panufnik. Inni, choć pamiętamy ich żywo jako miłych chłopaczków w chłopięcych ubrankach i chłopięco rozfiglowanych, napotkani znienacka po latach robią na nas przygnębiające wrażenie wyniszczonych zębem czasu starców.

„Rozmyślania przy goleniu”

Warszawa 1965, s. 290-291

***

Władysław Minkiewicz

 „Janusz”

Janusz był moim bratem stryjecznym, młodszym ode mnie zaledwie o pół roku, znałem go więc znacznie dłużej niż inni autorzy wspomnień. W związku z tym moja rodzina liczyła, iż odtworzę lata jego dzieciństwa i wczesnej młodości, kiedy często spędzaliśmy czas. Chcąc uniknąć niepotrzebnych opisów wydarzeń i faktów, zanim przystąpiłem do pracy, postanowiłem przeczytać pamiętniki Janusza, drukowane w 1947r. w Nowinach Literackich, a także niektóre wspomnienia o nim z lat dziecinnych. Mój tekst nie będzie więc taki, jaki powinien być, ponieważ opuszczę w nim wiele szczegółów, przedstawionych dość wiernie w pamiętnikach Janusza. 

Janusz, doszukując się źródeł swego talentu, dokładnie przedstawia swoich przodków po kądzieli, natomiast przodków po mieczu nieomal pomija, ograniczając się do osób naszego wuja, naczelnego redaktora Czasu, Antoniego  Beaupre’go, i jego siostry Barbary oraz mego ojca, Antoniego Minkiewicza.

Postaram się tę lukę wypełnić.

Ojciec Janusza, Wacław, był najmłodszym synem Feliksa i Antoniny z Iwranowskich Minkiewiczów, właścicieli majątku Łyczówka w powiacie starokonstantynowskim. Jego trzej bracia: Tadeusz, Feliks i Antoni nie przeżyli wojny 1920 roku. Najstarszy, Tadeusz zmarł jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej, Feliks, który po śmierci ojca przejął majątek Łyczówka, został zamordowany podczas rewolucji październikowej, a Antoni zaginął bez wieści 12 lipca 1920 roku, kiedy jako komisarz Wołynia i Frontu Podolskiego, po przeprowadzeniu w Płoskirowie rozmów z Petlurą na polecenie Piłsudskiego, wracał do Krzemienia. Na pociąg, którym jechał napadł jakiś zagon kawalerii Budionnego i potem przez kilka lat co pewien czas docierały do nas tylko mętne wieści od ludzi jadących z nim razem. Wszelkie starania podejmowane przez rząd polski, łącznie z misją posła Mieczysława Niedziałkowskiego, który specjalnie w tym celu pojechał do Moskwy, nie przyniosły rezultatów.

Tadeusz zmarł nie będąc żonatym i nie posiadając żadnego potomstwa. Natomiast Feliks pozostawił po sobie żonę i pięcioro dzieci, a Antoni żonę i czworo dzieci. Na Wacława spadł trudny obowiązek finansowego wspierania wdowy po Feliksie wraz z jej rodziną, z którego wywiązywał się sumiennie aż do swej śmierci w 1938 r.

Tak więc z pięciorga rodzeństwa pozostali przy życiu jedynie Wacław i jego siostra Wanda, która wyszła za mąż za Adama Lipskiego.

Moja matka, poza początkowym ciężkim okresem, kiedy musiała oczekiwać, by jej mąż został uznany za zmarłego, dopiero po upływie chyba dwóch otrzymała emeryturę dla siebie i czworga dzieci, dawała sobie radę, bo emerytura po naszym ojcu, ministrze była dość wysoka i pozwalała na niezłą egzystencję. Przez te pierwsze dwa lata od zaginięcia Ojca utrzymywała cały nasz dom z z dochodu z prywatnych obiadów, wydawanych w pięknym mieszkaniu zarekwirowanym dla mego ojca w domu Hersego przy ul. Marszałkowskiej 150. Janusz pisze o tych obiadach, ale spośród stołówkowiczów wymienia jedynie posła Mieczysława Niedziałkowskiego, dodam więc od siebie, iż oprócz niego zapamiętałem nazwiska słynnego masona Stanisława Stempowskiego, Tadeusza Hołówki i kilki urzędników MSZ, między innymi Władysława Markowskiego, Kruczkowskiego i Brzezińskiego, który był ojcem Zbigniewa Brzezińskiego, byłego doradcy prezydenta Cartera do spraw bezpieczeństwa.

Janusza poznałem chyba w drugiej połowie 1919 r. po przyjeździe jego wraz z rodzicami z Petersburga. Początkowo widywaliśmy się rzadko, ale później z biegiem lat zbliżyliśmy się do siebie, bo Janusz, którego nazywano wówczas w rodzinie Jurkiem, był na tyle taktowny, że nigdy nie czułem się w jego towarzystwie „ubogim krewnym”. Pierwszego mieszkania moich stryjostwa przy ul. Mireckiej prawie nie pamiętam. Dość często bywałem w ich domu przy Bednarskiej 2, a później na Saskiej Kępie przy ul. Katowickiej 23. Spędzaliśmy czas głównie na namiętnym uprawianiu jakiś sportów w przyległym do domu na Bednarskiej ogródku, a potem, na Saskiej Kępie, gdzie w zimie jeździliśmy na zmianę na jego nartach, zwłaszcza w dnie, kiedy z powodu silnego mrozu można było nie chodzić do szkoły.

Stosunki Janusza z moimi braćmi nie były tak bliskie, z uwagi na znaczną różnicę wieku. Jednakże w czasie większych świąt spotykaliśmy się całymi rodzinami na wspólnych obiadach u nas albo w domu moich stryjostwa. I wówczas odbywały się najrozmaitsze zabawy i gry w większym gronie, z udziałem moich braci oraz naszej siostry, Krystyny, i siostry Janusza, Zofii zwanej Kizią.

Jaki był Janusz? Moim zdaniem to, co pisze w swych pamiętnikach, jest na ogół zgodne z rzeczywistością. Pamiętam dobrze okres jego gorliwości, jeśli nie wręcz nadgorliwości religijnej, jaki przeżywał głównie pod wpływem kucharki Hilci. Pamiętam nasze spotkania, zupełnie przypadkowe, w Wielki Piątek i w Wielką Sobotę w warszawskich kościołach i Janusza wrzucającego  do puszki jakąś znaczną, jak na moje możliwości, kwotę. Był to zresztą okres nie tylko gorliwości religijnej, lecz także ostrego antysemityzmu, a zarazem uwielbienia endecji i jej wodzów.

Nie trwało to jednak długo. Janusz dość szybko uwolnił się od wpływów Hilci, a ponieważ od wczesnego dzieciństwa był bystry i nad wiek rozgarnięty, czytał bardzo dużo i orientował się w sytuacji politycznej znacznie lepiej niż chłopcy starsi od niego i dobrych kilka lat.

Rósł w atmosferze dobrobytu. Ojciec, zdolny adwokat cywilista, prowadził kancelarię adwokacką i był radcą prawnym różnych ważnych instytucji, jak Zarząd Miejski, linie żeglugowe Gdynia-Ameryka i kilku firm prywatnych, co przyniosło mu znaczne dochody. Janusz miał w domu wszystko, o czym mógł marzyć chłopak w jego wieku: podróże zagraniczne, nauczycielki języków obcych, możliwość uprawiania wszelkich sportów. Pomimo wybitnych zdolności uczył się źle i kilkakrotnie z różnych powodów zmieniał szkoły. Główną przyczyną jego słabych postępów w nauce było namiętne interesowanie się sprawami, które z programem szkolnym niewiele miały wspólnego. Najpierw pasjonowała go polityka, a wkrótce potem także wszelkie przejawy życia kulturalnego w kraju. I chociaż było w tym z pewnością dużo snobizmu, nie ulega wątpliwości, że te problemy pochłaniały go bez reszty, nie pozostawiając czasu na tak przyziemne zajęcia, jak nauka w szkole.

Na jesieni 1931 r. rozpoczął się w Warszawie głośny proces brzeski przeciwko przywódcom opozycji parlamentarnej, skupionym w tak zwanym Centrolewie, więzionym przed rozprawą w twierdzy brzeskiej i oskarżonym o przygotowywanie zamachu stanu. Proces ten, w którym sanacja miała rozprawić się z centrolewicową opozycją, wzbudził ogromne zainteresowanie, już choćby tylko z uwagi na osoby oskarżonych. Znaleźli się wśród nich: trzykrotny premier Wincenty Witos, Kazimierz Bagiński, Józef Putek, Herman Lieberman, Stanisław Dubois, Norbert Barlicki, Mieczysław Mastek, a wśród obrońców najgłośniejsze nazwiska polskiej adwokatury. Nic więc dziwnego, iż Janusz postanowił zrobić wszystko żeby być światkiem tego wydarzenia. Molestował swego ojca tak długo, aż uzyskał dzięki niemu kartę wstępu na proces, przyrzekając uroczyście, że będzie z niej korzystał tylko w wyjątkowych wypadkach. Przyrzeczenia oczywiście nie dotrzymał i przez cały czas trwania procesu, to znaczy przez trzy miesiące, zamiast do szkoły chodził regularnie do sądu. W rezultacie nie przeszedł do ósmej klasy i musiał powtarzać siódmą.

Ja też byłem wówczas w siódmej klasie, ale w innym gimnazjum. Podobnie jak Janusz interesowałem się polityką i chodziłem na proces zamiast do szkoły. Potrafiłem jednak zachować umiar i dzięki temu nie straciłem roku. Za każdym razem spotykałem w sądzie Janusza jako stałego bywalca. Spotkałem go więc także w dniu, w którym miał zeznawać jako świadek były marszałek Sejmu Maciej Rataj – znaliśmy jego i jego rodzinę jako sąsiadów naszej posiadłości w Starej Miłosnej. Pamiętam, że przed rozpoczęciem rozprawy siedzieliśmy na korytarzu na ławce przeglądając gazety. W pewnej chwili zauważyliśmy, że na korytarz wkracza Rataj. Janusz, obawiając się, że może on bez złej woli zakomunikować jego rodzicom, że widział nas w sądzie,  zareagował natychmiast, rozkładając wielką płachtę krakowskiego tygodnika Tajny Detektyw w taki sposób, że zakrył nasze twarze. Okazało się jednak, że zrobił to ułamek sekundy za późno. Rataj nas widział i chyba już następnego dnia zadzwonił do mojej matki i powiedział jej o tym zdarzeniu z humorem, ubawiony bezskutecznym zabiegiem mojego kuzyna. Skończyło się to jednak pomyślnie, bo ja nie ukrywałem przed matką, że od czasu do czasu chodzę na wagary i zdołałem ją uprosić, żeby nie przekazywała tej wieści rodzicom Janusza.

 

***

 

Przez wiele lat każde wakacje, a przynajmniej ich część, spędzaliśmy razem w naszej posiadłości w Starej Miłosnej pod Warszawą, gdzie Janusz czuł się dobrze, mając zapewnione towarzystwo licznej zazwyczaj młodzieży. Oczywiście, uprawialiśmy różne sporty, z tym że Janusz unikał wody jak ognia, nigdy nie nauczył się pływać, nie kąpał się z nami w naszych stawach. Za to chętnie grywał w tenisa na położonym dość blisko domu korcie w posiadłości sędziego Skibińskiego.

Tworzyć zaczął bardzo wcześnie, bo mając zaledwie szesnaście lat i to od razu z powodzeniem. Jego utwory, pod pseudonimem H.I. Polit lub Jan Uszminkiewicz, zamieszczały Żółta Mucha i Wróble na Dachu, a kiedy przeszedł do ósmej klasy, jego pierwsze wiersze ukazały się w najlepszym polskim piśmie satyrycznym- Cyruliku Warszawskim. Był to już niewątpliwie duży sukces, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę,  że w zasadzie Cyrulik publikował tylko wiersze swoich stałych od wielu lat współpracowników o głośnych nazwiskach – a więc Tuwima, Słonimskiego, Hemara, Lechonia. Inni zamieszczali w Cyruliku jedynie teksty prozą.

W 1933 roku Janusz zaproponował mi, żebym objął sekretariat szopki politycznej, jaką napisał wraz ze Światopełkiem Karpińskim na zamówienie cukierni „Ziemiańskiej”. Brzmiało to szumnie i dumnie („objął sekretariat”!), choć w rzeczywistości była to posadka skromna, ale w sam raz dla mnie jako studenta dysponującego wolnymi wieczorami. Honorarium wynosiło pięć złotych dziennie, a moje obowiązki ograniczały się do sprawdzania kasy z dyrektorami „Ziemiańskiej” – Albertem lub Skępskim względnie po prostu z kasjerką i wypłacania aktorom należnej im kwoty, która wachała się w zależności od frekwencji danego wieczoru. Miałem jednak jeszcze jedną funkcję: inspicjenta. Polegała ona na tym, że musiałem wprowadzać na scenę w odpowiedniej kolejności lalki i przekazywać je w ręce mistrza Jerzego Zaruby, który od samego początku warszawskich szopek (a więc jeszcze skamandryckich) był ich znakomitym twórcą, a zarazem animatorem na scenie. Jego lalki były istnym arcydziełem karykatury rzeźbiarskiej i odznaczały się tak wielkim podobieństwem, że zdarzało mi się nieraz rozpoznawać jakieś znane osobistości tylko na tej podstawie, że widziałem ich znakomite podobizny w wykonaniu Zaruby.

Siedzieliśmy na długiej ławce za sceną: ja po prawej, w środku Zaruba, a po  prawej pan Winiarski. Jego funkcja polegała na odbieraniu z rąk Zaruby lalek, które odegrały już swoją rolę. Był on związany z szopkami chyba równie długo jak Zaruba,  bo – jak się później dowiedziałem – jego bratanek, impresario szopek skamandryckich, poprosił o zatrudnienie Winiarskiego, którego właśnie w tym czasie wyleli z policji podobno za ucieczkę przed złodziejami.

Podczas drugiej szopki, w której także sekretarzowałem, odkryliśmy, że pan Winiarski nie gardzi alkoholem: pod rusztowaniami scenki znaleźliśmy pewnego dnia liczne tak zwane „małpki” po spirytusie, czyli małe buteleczki o pojemności 100 gramów. Zdaje się, iż pan Winiarski wypijał co wieczór dla kurażu setę spirytusu, co zresztą nie przeszkodziło mu w sumiennym wypełnianiu swych obowiązków. Ta druga szopka była grana w teatrze przy ulicy Karowej. Zapamiętałem z niej tylko jeden szczegół. Otóż zarówno w programach, jak i wydaniach książkowych szopek figurowały oczywiście nazwiska ich autorów, ale nie ujawniano jednak, który z nich napisał tę czy inną piosenkę i w zasadzie nikt oficjalnie nie wiedział na kogo spływał splendor za jakiś szczególnie dobry i dowcipny tekst. Żeby było śmieszniej, obaj przyznawali się do autorstwa właśnie takich piosenek. I wreszcie pewnego dnia, chcąc uniknąć dalszego nagabywania na ten temat, postanowili wywiesić plakat z takim napisem: „Dwaj pisali szopkę gnoje dla narodu żydowskiego: to, co lepsze to jest moje, to, co gorsze, to jest jego!”

Poza naszą trójką za sceną przebywały jeszcze trzy ważne osobistości: doskonała akompaniatorka, Zosia Godlewska, i dwóch aktorów, którzy wykonywali teksty lalek. We wszystkich szopkach z moim udziałem jednym z aktorów był zawsze bezkonkurencyjny w tej roli Tadeusz Frenkiel, drugim ktoś inny. Nie pamiętam wprawdzie kolejności, ale wiem  na pewno, że byli to: Marian Rentgen,  Andrzej Bogucki, Eugeniusz Solarski i Henryk Ladosz. Każdy z nich, oprócz nieskazitelnej dykcji, co zresztą przed wojną rozumiało się w tym zawodzie samo przez się, musiał nieć doskonały słuch, niezły głos i dobrą kondycję fizyczną.

Oprócz stałej ekipy wykonawców przychodzili codziennie na szopkę obaj autorzy, przede wszystkim po to, żeby odebrać ode mnie należyte im honoraria, które z reguły przepijali w jakiejś pobliskiej knajpie. Ponad to mieliśmy przysięgłych kibiców odwiedzających nas także prawie w każdy wieczór. W „Ziemiańskiej” witany był zawsze z entuzjazmem młody architekt Nosowicz, dla którego staraliśmy się zatrzymać jedno miejsce na widowni. Miał on bowiem tę niezwykle cenną zaletę, że śmiał się tubalnie po każdym lepszym dowcipie, zarażając śmiechem innych. Przychodził tez bardzo często architekt, Jerzy Hryniewicki, i zaprzyjaźniony swego czasu z Karolem Szumanowskim, Julek Strawa.

Następne szopki były wystawiane już w „Cafe Clubie” w Sali na pierwszym piętrze. Janusz opisuje w swych „Pamiętnikach” zabiegi, jakie podejmował wraz z Karpińskim, by w miarę możliwości wywalczyć jak najwięcej z tego, co skreślała bezlitosna cenzura. Słusznie doszli do wniosku, że najbardziej miarodajną osobistością jest w tym wypadku komisarz rządu na miasto Warszawę, słynny „Wołodia” Jarosiewicz, któremu z urzędu podlegała cenzura. Obaj znali go z nocnych restauracji, ale teraz wypadało przedstawić mu sprawę, urzędowo, na trzeźwo, w biurze pana komisarza. Mimo obaw, zdołali go jednak przekonać, że wybitnych polityków powinno cechować poczucie humoru i dzięki temu Jarosiewicz ograniczył skreślenia tylko do najbardziej drastycznych fragmentów.

Janusz pominął dość istotny szczegół jeśli chodzi o dalsze zabiegi w walce z cenzurą. Otóż, chcąc ułatwić sobie zadanie, doprowadzili później do tego, że Jarosiewicz podejmował ostateczną decyzję dotyczącą skreśleń podczas próby generalnej. Dyrekcja „Cafe Clubu” w dobrze rozumianym własnym interesie, wydawała z tej okazji wytworne przyjęcia, na które zapraszała komisarza rządu. Zakąski i alkohole były zawsze wyborne, Jarosiewicz lubił wypić i dobrze zjeść, a przede wszystkim cenił sobie to, że jest główną postacią wieczoru i że wszystko zależy od jego dobrej woli i jego poczucia humoru. Był więc dobrotliwy, łagodny i przymykał oczy na wiele złośliwych dowcipów pod adresem wybitnych postaci reżimu.

 

***

 

Po zdaniu matury w 1933 r. Janusz dostał się na wydział filozoficzny Uniwersytetu im. J. Piłsudskiego. Nie zrobił jednak kariery naukowej i chyba po dwóch latach zrezygnował z dalszych studiów. Nie przejmował  się tym zupełnie, ale chyba nie wziął pod uwagę, że zaniechawszy studiów będzie musiał odbyć normalną służbę wojskową. Dostał się do podchorążówki piechoty, jednakże wkrótce wyleli go za brak „postawy wojskowej” i skierowali po prostu do pułku, stacjonującego w Warszawie (musiał to więc być 21 lub 36 pułk piechoty). Działo się to w roku 1936/37, kiedy ja także odbywałem służbę wojskową w Szkole Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu. Nie znam więc bliższych szczegółów wojskowej „kariery” Janusza. Docierały do mnie jedynie niektóre fakty świadczące o tym, że mimo braku „postawy”  dawał sobie w pułku radę wcale nieźle. Między innymi tak zdołał ułożyć sobie stosunki, że wielokrotnie przychodził do naszego ówczesnego mieszkania przy ul. Czackiego 8, gdzie przebierał się w cywilne ubranie i – zgodnie ze swoim zwyczajem – szedł na spotkanie z przyjaciółmi do jakiejś nocnej restauracji.

W latach poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej moje kontakty z Januszem były znacznie rzadsze, już choćby dlatego, że dwukrotnie spędzał on dłuższy czas za granicą, we Francji i w Anglii

Kiedy po kampanii wrześniowej wróciłem do domu, dowiedziałem się, że Janusz wyruszył gdzieś na wschód i dopiero znacznie później dotarły do mnie bliższe szczegóły. Był najpierw we Lwowie, skąd jednak, po upływie kilku tygodni, czy może miesięcy, udał się do Wilna, gdzie wraz ze Światopełkiem Karpińskim prowadził Satyryczny teatr Ksantypa do chwili, kiedy do miasta wkroczyła armia niemiecka. Wkrótce potem udało mu się powrócić do Warszawy.

Nie bardzo wiedział co ma tutaj robić: okupacja była okresem niezwykle trudnym dla wszystkich, ale może najtrudniejszym dla wszelkiego rodzaju twórców. Resztki pieniędzy, jakie odziedziczył po ojcu, rozeszły się bardzo szybko, podobnie jak pieniądze, które przypadły mu w udziale po tragicznej śmierci jego matki zamordowanej na Saskiej Kępie. Teraz Janusz, nie mając z czego żyć, zaczął sprzedawać różne drobiazgi i rozglądać się za jakimś zarobkiem.  Ja byłem o tyle w lepszym położeniu, iż po pierwszym, ciężkim okresie, kiedy próbowałem zarabiać jako robotnik w wytwórni drewniaków, a nieco później jako sprzedawca mydła, postanowiłem wziąć się do uczciwej pracy czarnogiełdziarza. Wykorzystałem fakt, że półtora roku przed wybuchem wojny, będąc aplikantem sądowym, pracowałem jednocześnie w biurze Giełdy Pieniężniej. Dzięki temu poznałem wszystkich maklerów giełdowych i prokurentów bankowych, przychodzących do nas na zebrania. Dawało mi to wielka szansę. Nie posiadając żadnego kapitału rozpoczynałem skromnie i załatwiałem drobne transakcje na zlecenia krewnych i znajomych. Gmach giełdy uległ całkowitemu zniszczeniu we wrześniu 1939 r., giełdę pieniężną rozwiązano, ale władze niemieckie zezwoliły na wykonywanie transakcji papierami wartościowymi, wyznaczając nawet swojego komisarza. Zebrania giełdowe odbywały się codziennie w holu Banku Handlowego, z tym, że oficjalne obroty papierami były bez porównania mniejsze od nieoficjalnych, obejmujących kupno i sprzedaż walut obcych.

Moje interesy rozwijały się stopniowo coraz lepiej, zwłaszcza od momentu, kiedy zaproponowano mi sprzedaż dolarów, jakie Armia Krajowa otrzymywała z Londynu. W końcu, nie mogąc już sam sprostać wszystkim obowiązkom zawodowym, tym bardziej, że praca w konspiracji też pochłaniała mi wiele czasu, zmuszony byłem zmienić dotychczasowy system załatwiania transakcji. Przestałem przychodzić do Banku Handlowego i urzędowałem przy telefonie, powierzając techniczne wykonanie transakcji członkom mojej rodziny. Jednym z nich był Janusz, który okazał się być niezwykle sumiennym i uczciwym pracownikiem.

Widywaliśmy się teraz codziennie, tym bardziej, że Janusz mieszkał przy ul. Topiel, a więc w pobliżu mojej matki, która także mieszkała na Powiślu przy ul. Smulikowskiego, gdzie „urzędowałem” przy telefonie częściej niż w moim domu na Saskiej Kępie. Janusz nie brał udziału w konspiracji ze strachu: bał się panicznie Niemców, bał się nalotów, więc dla kurażu pił codziennie bimber, bo bez tego nie był w stanie zasnąć. Jedyną jego nielegalną działalnością była praca u mnie oraz udział w konspiracyjnych wieczorach literackich. Potrafił więc zdobyć się na odwagę, bo za handel walutami podczas okupacji groziła kara śmierci, a za uczestniczenie w potajemnych spotkaniach także mogła go spotkać surowa kara, jak na przykład obóz koncentracyjny. Ale taka była okupacyjna rzeczywistość.

Podczas wojny pracowałem w Departamencie Spraw Zagranicznych Delegatury Rządu, gdzie między innymi byłem referentem od spraw bezpieczeństwa. Na wiosnę 1944 r. wezwał mnie dyrektor Departamentu Spraw Wewnętrznych żeby ostrzec, że mój szef, Roman Knoll, jest poważnie zagrożony ze strony Narodowych Sił Zbrojnych, które w obliczu zarysowującego się zakończenia wojny postanowiły rozprawić się z niewygodnymi dla nich ludźmi. Powstało to w związku z memoriałem, który Knoll złożył na krótko przedtem Delegatowi Rządu i w którym przestrzegał, że według jego przewidywań Polska utraci pewne tereny na wschodzie i znajdzie się na dłuższy czas pod przemożnym wpływem Związku Radzieckiego. Dowiedziałem się nieco później, że na podobne niebezpieczeństwo narażeni są i inni, jak na przykład profesor Handelsman i niektórzy jego uczniowie, masoni oraz tacy ludzie, jak Janusz Minkiewicz, którzy szerzyli „miazmaty, zatruwające duszę narodu”. Zaraz po otrzymaniu tych wiadomości ostrzegłem wszystkich, do których mogłem dotrzeć. Moje ostrzeżenia potraktowano poważnie. Knoll dość szybko przeniósł się z folwarku pani Królikowskiej Olszyny w lesie pomiędzy Falenicą i Radością, gdzie ukrywał się przed Niemcami i wyjechał wraz z żoną do majątku senatora Kamienickiego nad Bugiem. Później, bo już  w lecie, zrobił to samo Janusz, wyjeżdżając do majątku swoich znajomych pod Otwockiem.

Okazało się, że ostrzeżenia nie były pozbawione podstaw. Świadczy o tym zamordowanie Makowieckiego i Widerszała, dwóch oficerów VI Oddziału Sztabu Komendy Głównej AK, Czarnomskiego, który przed wojną opublikował artykuły o masonerii w Wiadomościach Literackich oraz wydanie w ręce Gestapo  profesora Marcelego Handelsmana i Haliny Krahelskiej.

Z Januszem straciłem wówczas kontakt na dłuższy czas i zobaczyliśmy się dopiero pod koniec stycznia 1945 r. w Milanówku, gdzie przez pewien czas mieszkałem po Powstaniu. Powiedział wówczas, że dzięki mojemu ostrzeżeniu był poza Warszawą podczas Powstania, że po krótkim pobycie w Otwockiem udał się do Lublina, gdzie w tym czasie była siedziba władz PKWN-u i że teraz jedzie do Łodzi. Po upadku Powstania Warszawskiego Milanówek stał się niejako stolicą Polski Podziemnej. Prawie w każdym domu mieszkali uchodźcy z Warszawy , a wśród nich wielu przywódców najrozmaitszych organizacji nielegalnych. W domu, w którym mieszkałem, odbywały się regularne zebrania Krajowej Rady Ministrów oraz Komisji Głównej Rady Jedności Narodowej, czyli podziemnego parlamentu. Konspiracja nie była już tak ściśle przestrzegana jak przed Powstaniem, nic więc dziwnego, że po wkroczeniu armii radzieckiej nowe władze dość szybko zorientowały się, że właśnie tutaj skupiali się ludzie prolondyńskiego podziemia. Wkrótce rozpoczęły się aresztowania i w wielu domach zakładano tak zwane „kotły”.

W okresie popowstaniowym miałem rozległe kontakty konspiracyjne, więc obawiałem się, że i mnie grozi aresztowanie. Postanowiłem opuścić Milanówek i wyjechałem do Łodzi, gdzie przez pewien czas mieszkałem w hotelu, a później przeniosłem się do Janusza, który jako literat otrzymał przydziałowe mieszkanie. Nie było to rozwiązanie idealne, bo wprawdzie lokal był dość duży, ale mieszkało w nim już pięć osób: oprócz Janusza, jego żona i córka oraz teściowa i szwagierka, a ponadto co pewien czas gościli kogoś z rodziny lub przyjaciół.

Niepokoił mnie zupełny brak wiadomości z domu, więc po upływie kilku tygodni postanowiłem pojechać do Milanówka na rekonesans. I omal nie wpadłem. Na kilkanaście metrów przed furtką do ogrodu, gdzie  stała willa, w której mieszkała moja rodzina, uprzedził mnie jeden z sąsiadów, że jest tam „kocioł”. Wojna jeszcze trwała, obowiązywała godzina policyjna i było już zbyt późno by wracać do Łodzi. Pojechałem więc do sąsiadującej z Milanówkiem Podkowy Leśnej i przenocowałem tam u przyjaciół. Do Łodzi pojechałem następnego dnia.

Kiedy opowiedziałem Januszowi, co się działo, doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu, żebym u niego nocował, bo w naszym mieszkaniu w Milanówku było dużo osób i groziło niebezpieczeństwem, że ktoś się może wygadać, że jestem w Łodzi. Władze bezpieczeństwa nie wiedząc, gdzie mnie szukać, skierowałyby z pewnością pierwsze kroki do Janusza, który normalnie był zameldowany jako stały mieszkaniec miasta. Było już dość późno, więc Janusz zaprowadził mnie do swojego przyjaciela, poety Andrzeja Nowickiego, który mieszkał w tym samym domu i chętnie udzielił mi gościny. Janusz zresztą też nie nocował u siebie, ponieważ miał na drugie imię Władysław i obawiał się, że zanim się wyjaśni, że on jest kimś innym niż ja, mogą go przetrzymać w areszcie przez kilka dni.

Okazało się, że mieliśmy rację. Już następnego dnia, o szóstej rano, zjawiło się w mieszkaniu Janusza dwóch czy trzech panów po cywilnemu i zaczęli wypytywać o mnie. Tego samego dnia zjawili się u żony Janusza w teatrze (była aktorką), a także w sklepie komisowym, którego współwłaścicielką była jego siostra. Nie dowiedzieli się oczywiście niczego.

Minęło wiele lat, zanim miałem okazję spotkać się ponownie z Januszem. Ponieważ miałem niezbite dowody, że jestem poszukiwany przez władze bezpieczeństwa, postanowiłem opuścić kraj nielegalnie. We wrześniu 1945 roku udało mi się dotrzeć do Włoch, gdzie spędziłem prawie dwa lata. Po amnestii w 1947 roku, która wzywała między innymi uchodźców politycznych do powrotu gwarantując im nietykalność. Wróciłem do kraju w lipcu tegoż roku. Już 10 października 1947 roku zostałem aresztowany pod zarzutem działalności szpiegowskiej (było to jedyne przestępstwo nie objęte amnestią). Po długotrwałym ciężkim śledztwie zostałem skazany na dwanaście lat więzienia, na podstawie fałszywych zeznań świadków. W listopadzie 1954 roku zwolniono mnie na urlop zdrowotny, a następnie, w wyniku rozprawy rewizyjnej zostałem uniewinniony.

I jak zawsze w trudnych moich sytuacjach życiowych, tak i wówczas Janusz stanął na wysokości zadania. Pomagał mojej rodzinie w różnych sprawach i żywo interesował się moim losem. Któregoś dnia odwiedził mnie nawet w więzieniu, co było dość niezwykłe, bo w zasadzie zezwolenie na widzenie uzyskiwali jedynie najbliżsi krewni, a więc współmałżonek, dzieci, rodzice, rodzeństwo.

Wkrótce po wyjściu na wolność odwiedziłem Janusza, żeby mu podziękować. Dopytywał się troskliwie o stan mojego zdrowia i proponował pożyczkę lub jakąś inna formę pomocy. Nieco później, w zimie 1955 roku odwiedziłem go ponownie w domu ZAIKS-u w Zakopanem. Tym razem Janusz nic mi nie proponował tylko kategorycznie oznajmił, że przez cały czas pobytu w Zakopanem mam być jego gościem i jadać wszystkie posiłki w domu ZAIKS-u na jego koszt. Ponadto powiedział mi, że ponieważ „wycofał się z czynnego życia sportowego w pełni chwały” mogę korzystać z jego nart. Nie widziałem powodu, żeby znowu odmawiać i chętnie skorzystałem z obu jego ofert.

Po powrocie do domu widywaliśmy się co pewien czas, ale niezbyt często, bo mieszkałem wówczas w Milanówku. W 1957 roku Janusz zaproponował mi stanowisko zastępcy redaktora naczelnego w miesięczniku Telimena. Miał to być luksusowy magazyn dla kobiet, a jego redaktorem naczelnym została Magdalena Samozwaniec, mając do pomocy dwóch zastępców: Jana Rojewskiego i mnie. Janusz wchodził w skład kolegium redakcyjnego wraz z Arturem Marią Swinarskim, Jerzym Waldorffem i Adasiem Mauersbergerem. Podziękowałem za tą propozycję, ale nie zgodziłem się na przyjęcie funkcji redaktora naczelnego. Telimena zresztą w ogóle nie powstała. „Ruch”, który miał być wydawcą przeprowadził gruntowną analizę kosztów i w rezultacie doszedł do wniosku, że pismo w tej postaci, w jakiej je zaprojektowano było by zbyt kosztowne.

Pracowałem więc w tej redakcji niespełna trzy miesiące, w czasie których przygotowaliśmy już trzy kolejne numery, korzystając ze współpracy wybitnych pisarzy. W roku 1959 przenieśliśmy się do Warszawy i teraz spotykałem Janusza znaczenie częściej, przeważnie Spatifie, gdzie bywał codziennym gościem. Janusz dopomógł mi także w trudnej dla mnie sprawie tłumaczeń. Po wyjściu z więzienia nie bardzo wiedziałem, co zrobić. Od skończenia uniwersytetu minęło już 20 lat, nie miałem więc szans by pracować w wyuczonym zawodzie. Wykorzystując znajomość włoskiego zająłem się dziennikarstwem, ale wolałem spróbować sił jako tłumacz literatury włoskiej. Przy jakiejś okazji opowiedziałem o tym Januszowi. Już kilka dni później oznajmił mi, że PIW ma dla mnie dobrą propozycję – „Ścieżkę pajęczych gniazd” Italo Calvino.

Po przetłumaczeniu czterech dalszych książek zostałem przyjęty do Związku Literatów Polskich. Teraz miałem jeszcze jedną okazję do spotykania się z Januszem na zebraniach Związku, na które lubił przychodzić mówiąc, że tutaj czuje się dobrze, bo jest w tym gronie jednym z najmłodszych.

W ostatnich latach przed śmiercią wyraźnie się zmienił. Stał się łagodniejszy, serdeczniejszy i bardziej życzliwy dla ludzi. Pod koniec 1980 roku przestał pić. Przyznał mi się jednak w zaufaniu, że w nocy kładąc się do łóżka wypija dwa, trzy kieliszki, bo bez tego nie potrafi zasnąć. Powiedział mi także, że od wielu lat pije właśnie z tego powodu. Na moje pytanie dlaczego nie używa środków nasennych odpowiedział mi, że wielokrotnie próbował, lecz musiał z nich zrezygnować, bo miał po nich koszmarne sny. Od dawna jednak narzucił sobie reżim, którego ściśle przestrzegał. Nigdy nie pił w dzień, zaczynał dopiero o zmroku.

Teraz jedyną jego prawdziwą przyjemnością były coroczne wyjazdy do Stanów, gdzie osiadły na stałe jego urocza żona. I nie mniej urocza córka Monika. Monika już w Stanach wyszła za mąż za swego adoratora jeszcze z Warszawy, Witka Markowicza, z którym ma dwie śliczne córeczki, Klarę i Danielę. Każdy, kto znał Janusza nie tak dobrze jak ja, mógł przypuszczać, że to stare lata obudziły w nim instynkty rodzinne. Ja jednak wiedziałem od dawna, że jego cynizm, ironia, pogardliwy stosunek do wielu ludzi były jedynie maską.